|

Danuta Szczepańska (1924-2006)
Szczęśliwy mąż, który ma dobrą żonę,
liczba dni jego będzie podwójna.
Dobra żona radować będzie męża,
który osiągnie pełnię wieku w pokoju.
Dobra żona to dobra część dziedzictwa
i jako taka będzie dana tym, którzy się boją Pana:
wtedy to serce bogatego czy ubogiego będzie zadowolone
i oblicze jego wesołe w każdym czasie. (…)
Wdzięk żony rozwesela jej męża,
a mądrość jej orzeźwia jego kości.
Dar Pana - żona spokojna
i za osobę dobrze wychowaną nie ma odpłaty.
Wdzięk nad wdziękami skromna kobieta
i nie masz nic równego osobie powściągliwej.
Jak słońce wschodzące na wysokościach Pana,
tak piękność dobrej kobiety między ozdobami jej domu.
Jak światło błyszczące na świętym świeczniku,
tak piękność oblicza na ciele dobrze zbudowanym.
(Syr 26, 1–4.13–17)
Danuta z Wolskich Szczepańska — oblatka tyniecka — była wnuczką sławnej poetki Maryli Wolskiej. Kiedy miała dwa lata zmarł jej ojciec Juliusz Wolski zostawiając żonę, córeczkę i synka, który urodził się już po jego śmierci. Po tym tragicznym wydarzeniu Danusia wraz z matka i braciszkiem znalazła się w majątku ciotki Zofii Kernowej w Goszycach. Tu dorastała, do szkoły chodziła w Krakowie. W roku 1939 spotkała Jerzego Turowicza — męża kuzynki — oblata benedyktyńskiego, który wprowadził ją w tajniki oblacji. To spotkanie z Regułą św. Benedykta i oblatury kształtowało jej wrażliwą duszę i serce. Potem, dzięki temu, po wyjściu w 1947 roku za mąż za Jana Józefa Szczepańskiego stworzyła “DOM” oparty na wartościach.
Żyli w trudnych czasach, ale oboje stworzyli dom–oazę, gdzie kariera, dążenie do wielkości nie miały racji bytu, był natomiast spokój, serdeczność, współczucie, pomoc innym w miarę możliwości. To wszystko dzięki Danusi. Nawet ich wiejski dom w Kasince nie miał charakteru “daczy”, ale domu gdzie każdy znajdował miejsce dla siebie i serdeczność gospodarzy. Pracowitość Danuty Szczepańskiej była prawdziwie benedyktyńska i właśnie przykład jej życia jako żony, matki, babki i prababki był Darem, który tak wspaniale umiała odczytać i wcielić w swoje życie.
Pod koniec życia, mimo ciężkiej choroby, pozostawała w kontakcie duchowym z Tyńcem. Codziennie odmawiała modlitwę brewiarzową z Monastycznej Liturgii Godzin. Miała regularne relacje z rekolekcji oblackich i comiesięcznych dni skupienia. O. Adam Kozłowski i o. Włodizmierz Zatorski odwiedzali Danutę i odprawiali w jej domu Eucharystie. Codziennie przychodził także z Komunią św. ks. Misjonarz z kościoła przy ulicy św. Filipa, zaprzyjaźnił się z Nią i otaczał wielkim szacunkiem. Widział w Niej tę wielkość, która otoczeniu wydawała się normalna, a źródło tej wielkości było w Bogu. Zmarła w domu w otoczeniu rodziny i przyjaciół. Została pochowana obok zmarłego kilka lat wcześniej męża na cmentarzu tynieckim.
Sługa
Boża Hanna Chrzanowska (1902-1974)
Często stawia się pytanie:
Co dla ukształtowania człowieka jest ważniejsze – cechy wrodzone czy
wychowanie? W przypadku H. Ch. oba te czynniki w równej mierze
zdecydowały o jej życiu. Obdarzona przez Boga zdolnościami
organizacyjnymi i umiejętnością zjednywania sobie ludzi wzrastała w
atmosferze domu otwartego na potrzeby innych bez względu na ich status
społeczny. Urodzona warszawianka, prawie całe życie mieszkała w
Krakowie. W dzieciństwie i młodości otoczona miłością najbliższych,
była dziewczyną tryskającą humorem, pełną pomysłów, można powiedzieć
„bałaganiarką”, uczyła się dobrze. Po maturze w szkole ss. Urszulanek w
Krakowie początkowo poszła w ślady ojca, profesora filologii polskiej w
UJ. Szybko stwierdziła, że to nie to i podjęła naukę w szkole
pielęgniarskiej. Kariera lekarska nie wchodziła w grę, chciała być jak
najbliżej chorych, by nieść im ulgę. Odtąd najlepszym określeniem H.Ch.
jest pielęgniarka.
We wspomnieniach ludzi,
którzy ją znali, powtarza się stwierdzenie: cechowało ją poczucie
humoru, niespożyta energia, wielki takt, dostrzeganie w człowieku
zarówno jego potrzeb cielesnych jak i duchowych. Najlepiej oddać głos
jej samej. Oto jedyny w swoim rodzaju „życiorys” napisany pod koniec
zycia:
24.I.73, wiek XX, godz. 21,03 Łobzowska 61 m. 6, II p. drzwi na prawo,
tel. 331-39, 31-319 Kraków.
Hanna Helena Chrzanowska,
ur. 7.X.1902 w Warszawie, Senatorska 38, II p. drzwi na lewo, o godz.
0. Z Wandy Szlenkier Ignacego. Pradziadkowie po kądzieli: Szlenkier,
Grosser, Temler. Po mieczu: Chrzanowski, Dmochowski, Zembrzuski,
Cieciszowski.
Rysopis: Gęba niegdyś
piękna. Włosy niegdyś blond.
Wykształcenie: niższe.
Zawód: posługaczka oraz
pośredniczka od wszystkiego.
Charakter: pogodny skąpiec i
dusigrosz.
Zainteresowania: „kobra” i
Synod.
Skąpiec i dusigrosz datków
przeznaczonych na fundusz dla chorych. Kobra to aluzja do „kryminałów”,
poza tym lubiła komedie filmowe zwłaszcza z Bourvilem.
Początkowo, pod wpływem
rodziców była areligijna, potem przeżycia wojenne – Ojciec zmarł w
obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen, gdzie był więziony po Sonder
Aktion na UJ, pracowała wśród wysiedleńców – cierpienia własne i całego
narodu pogłębiły jej wiarę i zbliżyły do Boga. Po wojnie zajęła się
organizowaniem pielęgniarstwa otwartego. Oznacza ono opiekę
pielęgniarską nad chorymi poza szpitalem czy przychodnią. Początkowo
lekarze nie rozumieli o co chodzi, H.Ch. i jej uczennice (była
instruktorką) „szukały” chorych.
Oprócz „kryminałów” jej
ulubioną lekturą były Kazania Skargi (ojciec miał bogaty księgozbiór,
który HCh przed swą śmiercią przekazała KULowi). Oto wybrane przez nią
cytaty z tych kazań kojarzące się z pielęgniarstwem domowym:
„Pan Bóg chciał, aby ludzie
mogli się miłosierdziem Jemu przysłużyć (…) aby jedni z dawania, a
drudzy z brania powinną miłość między sobą zakładali i fundowali.
Jest szpital domowy, w którym się zamykają rozmaitymi nędzami i
przygodami utrapieni (…) jako (…) niemocą i ułomnością członków (…)
krzywdami (…) i innymi dolegliwościami domowymi (…). O nich i o ich
nędzy rzadki wie.
Nędza żywota tego po wszystkim się świecie, po stanach wielkich i
małych rozlała (…)
Ty, który jesteś zdrowy, pomóż schorzałemu, któryś nie upadł, wspomóż
leżącego (…).
Nędze większe daleko być mogą i są, niźli tych, co leżą w szpitalu (…).
Nie jest miłosierdzie, gdy tylko sama jest żałość i wola bez uczynku i
pomocy, gdy zaraz być może bez odwłoki.
Jako się z tego cieszyć nie macie, iż (…) z pilności i miłosierdzia
waszego Chrystus, Bóg wasz (…) w chorobie opatrzenie i żywność bierze
(…).”
Pełniła funkcje społeczne we
władzach Polskiego Towarzystwa Pielęgniarskiego (PTP) i Okręgowej
Komisji Kontroli Zawodowej, napisała podręcznik pt. Pielęgniarstwo w
otwartej opiece zdrowotnej, który ukazał się w 1960 r. Najważniejszy
był jednak dla HCh chory. Oto co pisała:
„Mnie zawsze najbardziej chodziło o chorych. Dlatego ten właśnie rodzaj
pracy był mi tak bliski. Pielęgniarstwo domowe stawia nas najbliżej
chorego, takiego jakim jest i ta prosta, a nieraz bardzo trudna praca
przy nim to właśnie ta, która mi daje coś jakby szczęście.” I kiedy
indziej: „(…) szłam kiedyś o zmroku ulicą Krowoderską i wtedy: „my
pomagamy nieść Krzyż Chrystusowi. Nie myślałam: Chrystusowi w chorych –
Chrystusowi wprost.”
„Oto myśl (było to około
roku 1956, który określa mianem czasu przełomu), co zaświtała mi w
głowie: oprzeć opiekę nad chorymi o Kościół.”
Początki były trudne, ale
znalazła dwóch sojuszników ks. Karola Wojtyłę i prałata Ferdynanda
Machaya, gorzej było z przełożonymi zakonów żeńskich. Pod koniec 1958
roku na własne żądanie HCh przeszła na emeryturę, aby bez reszty oddać
się swemu powołaniu. Wyjątkowo trudny był początek (w 1960 roku), kiedy
4 osoby zajmowały się 35 chorymi. O jednej z nich czytamy we
wspomnieniach:
„Staruszka z nowotworem mózgu, z raną ogromną, sięgającą brwi.
Nieopisanie brudna, z odleżyną. Opieka domowa córki psychopatki,
pracującej 8 godzin poza domem. Druga córka schizofreniczka, sama
wymaga opieki, której nie ma. Paznokcie chorej tak długie i grube, że
słychać stuk o podłogę, kiedy je obcinamy. Przy obracaniu na bok wyje i
szczypie. (…) wszy sypią się jak piasek i roją w ranie pod warstwą
brudu i maści. Pielęgniarki dotarły do chorej po jej kilkuletniej
chorobie, dopiero na tydzień przed końcem. Stan psychiczny dobry,
całkowicie przytomna, zadowolona, że się ją myje i pielęgnuje.
Przynajmniej umarła w jakim takim „zadbaniu”.”
To jedna z wielu historii,
spisanych przez HCh, są między nimi i wzruszające np. o małżeństwach
staruszków wiernych sobie aż do śmierci po kilkudziesięciu latach
wspólnego życia. Wiele przykładów można znaleźć w opracowaniu Aliny
Rumun, która była „prawą ręką” HCh i kontynuatorką jej dzieła,
opublikowanym w książce „Chrześcijanie” t. III wydanym pod redakcja bp.
Bohdana Bejze w roku 1978.
Posłuchajmy wyznania HCh skierowanego do ss. Szarytek w Warszawie:
„(…) długie lata byłam instruktorką, dyrektorką. Kierowałam, rządziłam,
egzaminowałam. Co za radość na stare lata dorwać się do chorych: myć,
szorować, otrząsać pchły. Prostota, zwyczajność zabiegów – to
najważniejsze dla chorego. Wycofać siebie, puścić się na szerokie wody
miłości, nie z zaciśniętymi zębami, nie dla umartwienia, nie dla
przymusu, nie traktować chorego jako „drabiny do nieba”. Chyba tylko
wtedy, kiedy jesteśmy wolne od siebie, naprawdę służymy Chrystusowi w
chorych.”
Jej służenie z radością i
zapał były zaraźliwe i porywały innych. Wciągała do pracy różnych ludzi
dobrej woli, przede wszystkim nawiązała współpracę z młodzieżą
akademicką, której pomoc ożywiała smutną egzystencję chroników.
Wprowadziła praktykę odprawiania Mszy św. w domu chorych, co stało się
powszechnym zwyczajem, przygotowywanie wieczerzy wigilijnej dla
samotnych chorych zanoszonych do nich przez młodzież. Kolejny „pomysł”
to rekolekcje chorych, którym nadała styl i nastrój pogody, ogólnej
miłości i życzliwości, radości i odprężenia. Zadbała o dobrych
rekolekcjonistów, o pomoc kleryków, o ludzi służących transportem.
Wspomnienia uczestników rekolekcji pełne wdzięczności i entuzjazmu
można znaleźć we wspomnianej już publikacji.
W roku 1956 nazwanym przez
nią rokiem przełomu HCh została oblatką benedyktyńską. Tyniec znała
jeszcze z lat wojny. W okresie powojennym urzekła ją tam liturgia,
śpiew gregoriański, zanurzała się coraz głębiej w przekazywane treści.
Odpowiadały jej: powaga, pokój, chwała Boża, radość, umiar, szukanie we
wszystkim Boga – styl benedyktyński. Nie było w niej cienia dewocji. Do
Tyńca wpadała nieraz choć na kilka godzin wśród nie kończącej się,
coraz bardziej pochłaniającej pracy, żeby się uciszyć, „naładować
akumulatory”, złapać oddech. Na wałach tynieckich zrodził się pomysł
pielęgniarstwa parafialnego.
Była tytanem pracy mimo słabego zdrowia. Alina Rumun wspomina:
Pracowało się z nią w
atmosferze pogody i wzajemnego zaufania. Wśród współpracowników
cieszyła się ogromnym autorytetem i sympatią. I choć umiała
podporządkować sobie pomocników i nawet narzucać im swoje plany, jej
takt i kultura łagodziły zawsze i rozładowywały zdarzające się – choć
bardzo rzadko – nieporozumienia i napięcia. Cieszyła konkretność i
celowość pracy, nie traciło się czasu na biurokrację ani nerwów na
żadne intrygi i niedomówienia
Umiała jednak wygospodarować
czas na wypoczynek dla siebie i innych. Jak powiedziano wyżej, szukała
ciszy w murach opactwa tynieckiego. Czasem u szczytu zalatania, w
młynie setek spraw potrafiła zatrzymać się, by choć na chwilę „mówić o
magnaliach”. Pisała: „Trzeba zostawić sobie jakiś luz na myślenie, na
własną modlitwę poza psalmami, nawet poza Mszą św. Inaczej człek usycha
jak trzcina podcięta.”
Lubiła zwierzęta i rozumiała
przywiązanie podopiecznych do ich pupilów. Np. zaskarbiła sobie
wdzięczność jednej staruszki, kiedy po opatrzeniu jej samej zajęła się
„kosmetyką” jej zaniedbanego psa. Kochała przyrodę, zwłaszcza góry,
umiała dostrzegać ich piękno i podziwiać Boga w Jego stworzeniu. Oto
fragment listu pisanego z Bukowiny na 2 lata przed śmiercią:
„Ja od wczoraj zaczynam chodzić i chyba raz jeszcze znowu się rozpędzę,
co oznacza pęd ślimaka skrzyżowanego z niedźwiedziem. Każdy wiek ma
swój urok: młoda dziewczyna na mój widok zrzuciła buty i wlazła do
potoku, żeby mi pomóc przejść przez belkę, a potem jakiś pan kiwał z
daleka pokazując wygodną drogę. Dobrzy są ludziska!”
W 1966 przyszła choroba
wydawało się terminalna, ale HCh żyła jeszcze 7 lat, które uważała za
darowane i dołożone od Boga, aby mogła wiele jeszcze spraw dokończyć,
utrwalić i uporządkować. Mimo uszczerbku sił pracowała nadal
intensywnie. „Tkwiła po uszy w życiu, a jednak my – pisze Alina Rumun –
bliżej znający Cioteczkę, widzieliśmy jak coraz bardziej się od niego
odrywa.” Wszystkie swoje oszczędności i rzeczy przeznaczyła dla
chorych. Na początku 1973 roku choroba zaatakowała nieubłaganie.
Krańcowe wyczerpanie. Męczyła ją obecność nawet najbliższych. Jedyne
odwiedziny, z których cieszyła się i na które czekała – to wizyty ks.
Kardynała Karola Wojtyły. Uciekało z niej życie Znikł towarzyszący jej
przez całe życie humor. Nie miała już na nic sił. Codziennie
przychodził ksiądz z Panem Jezusem. 12 kwietnia przyjęła namaszczenie
chorych. W ostatnich dniach pytała: „dlaczego tak długo trzeba czekać?
Czy to już? Już … już.” W Białą Niedzielę 29 kwietnia o czwartej nad
ranem odeszła cicho i spokojnie, w czasie snu.
|
|